poniedziałek, 30 marca 2009

Był sobie mecz... Polska - San Marino (28.04.1993)


Reprezentacja Polski w meczu z San Marino, od lewej stoją: Roman Szewczyk (kapitan), Piotr Czachowski, Andrzej Juskowiak, Tomasz Wałdoch, Jacek Ziober, Aleksander Kłak; klęczą: Jan Furtok, Leszek Pisz, Jerzy Brzęczek, Marek Koźmiński, Roman Kosecki. (fot. Encyklopedia Piłkarska FUJI, tom 20 "Biało-Czerwoni", pod red. Gowarzewski A., Katowice 1997)

Również w środę, również u siebie i również w eliminacjach do mistrzostw świata, tyle że szesnaście lat temu biało-czerwoni zmierzyli się z ekipą San Marino. Była to pierwsza w historii potyczka z jednym z najmniejszych państw w Europie, którego reprezentacja swój pierwszy oficjalny mecz międzypaństwowy rozegrała dopiero w roku 1990 (związek piłkarski w tym kraju założono w 1931).

Słodko-kwaśne nastroje
Atmosferę, która otaczała wówczas polską piłkę, można śmiało nazwać "słodko-kwaśną". Po roku 1986 nadeszły dla reprezentacji chude lata, a kibice musieli łykać kolejne gorzkie pigułki i obserwować stopniowy spadek światowego prestiżu biało-czerwonej drużyny. Po nieudanych eliminacjach do Euro '92 na selekcjonera Strejlaua spadła fala krytyki, jednak utrzymał on posadę i podjął próbę awansu do organizowanego przez Stany Zjednoczone mundialu. W grupie przyszło nam rywalizować z Holandią (Mistrz Europy 1988), Anglią (4 miejsce na mundialu w roku 1990), Norwegią, Turcją i właśnie San Marino. Nadzieje w serca kibiców wlał srebrny medal wywalczony przez młodzierzówkę (U-23) na olimpiadzie w Barcelonie. To wówczas narodziło się słynne hasło "zmieniamy szyld i jedziemy dalej", w myśl którego bohaterowie z Barcelony mieli teraz tworzyć trzon pierwszej reprezentacji uzupełniany przez co najwyżej kilku doświadczonych zawodników.

Selekcjoner Strejlau tylko po części wcieli ten plan w życie. Do swojej reprezentacji z otwartymi ramionami przyjął takich piłkarzy jak Kłak, Wałdoch, Brzęczek, Kowalczyk czy Juskowiak, z czasem dołączyło do tej grupy jeszcze kilku innych, jednak o "zmianie szyldu" nie mogło być mowy, ponieważ głównym jego założeniem było zatrudnienie Janusza Wójcika jako asystenta selekcjonera a do tego nigdy nie doszło. W każdym razie eliminacje zaczęliśmy obiecująco, udało się pokonać Turcję i nie przegrać na wyjeździe z Holandią. Dwu mecz z San Marino (rewanż nastąpił miesiąc po pierwszym meczu) wydawał się formalnością, ponieważ w drużynie prowadzonej przez Giorgio Leoniego występował zaledwie jeden profesjonalny piłkarz.

Prawie jak Maradona
20-sto tysięczna publiczność na stadionie Widzewa w Łodzi oczekiwała łatwego i wysokiego zwycięstwa polaków, jednak goście tego popołudnia nie mieli zamiaru tanio sprzedawać skóry, zaś forma gospodarzy, no cóż, biorąc pod uwagę, że w ostatnich pięciu meczach zdobyli pięć bramek, można chyba powiedzieć, że była w normie, choć bez wątpienia pozostawiała wiele do życzenia. Późniejsza historia pojedynków z San Marino pokaże, że biało-czerwoni do tej pory nie stracili punktów z tym rywalem, to jednak raz jeden tylko na pięć dotychczasowych potyczek, zwycięstwo przyszło łatwo (2003 rok, 5:0 w Ostrowcu Świętokrzyskim). (na zdjęciu Roman Szewczyk i Marco Bonini wymieniają przedmeczowe kurtuazje, fot. Encyklopedia Piłkarska FUJI, tom 20 "Biało-Czerwoni", pod red. Gowarzewski A., Katowice 1997 str.117)

Pierwsza słusznie zakończyła się remisem, chociaż gdyby oba zespoły wykorzystały po dwie idealne okazje, które im się trafiły, byłby to remis bramkowy. W drugiej połowie goście najwyraźniej dostrzegli okazję wywiezienia z Łodzi cennego punktu, bo skoncentrowali się na defensywie. Nieporadność i amatorstwo owej defensywy nie zmieniało faktu, że piłka do bramki strzeżonej przez Pierluigi Benedettiniego wpaść nie chciała. Dopiero w 70 minucie meczu, błąd lewego obrońcy gości wykorzystał Kosecki, którego dośrodkowanie Furtok ściął niczym rasowy siatkarz i Polska objęła prowadzenie, którego nie oddała, a raczej nie powiększyła już do końca spotkania. Ręka Furtoka była wystarczająco ewidentna, by ten nie próbował nawet po meczu się jej wypierać, ale jednocześnie na tyle sprytna, że żaden z trzech sędziów się jej nie dopatrzył. "Sędzia stał bliżej i widział to lepiej, a więc jeśli uznał poprawność bramki, to chyba tak było..." - skomentował w pomeczowym wywiadzie, wicekról strzelców Bundesligi z roku 1991. (na zdjęciu Jan Furtok autor jedynej bramki w tym meczu, fot. Encyklopedia Piłkarska FUJI, tom 20 "Biało-Czerwoni", pod red. Gowarzewski A., Katowice 1997 str.117

Kibice choć w momencie strzelenia bramki, wybuchnęli radością, wcale nie byli szczęśliwi ani gry ani rezultatu końcowego. W drugiej połowie ich cierpliwość się wyczerpała i w stronę piłkarzy poleciały liczne gwizdy i wyzwiska. Oberwało się również selekcjonerowi, pod adresem którego kilkukrotnie skandowano, na prętce ułożoną przyśpiewkę - "zmienić trenera, to będzie siedem do zera!". Również prasa nie zostawiła na reprezentacji suchej nitki, w poniższym skrócie, komentator przytacza tytuły prasowe, więc ja sobie to już podaruję. Dodam tylko, że niespełna miesiąc później po wyjazdowym zwycięstwie 3:0, te same gazety porzuciły krytykę na rzecz snucia marzeń o awansie do finałów, który na tym etapie eliminacji jeszcze wydawał się realny, przynajmniej do jesiennych spotkań z Anglią, Norwegią, Turcją i Holandią, ale to już zupełnie inna historia...


Razem z Chamem trzymamy kciuki za "naszych" w Kielcach i liczymy, że raczej powtórzą mecz z 2003 roku w Ostrowcu niż poprzednie spotkanie międzypaństwowe na stadionie Korony (wymęczone 1:0 z Armenią).
Bilans meczów z San Marino: 5 spotkań i 5 zwycięstw Polski, bramki 13:0.
Pierwszy raz: Polska - San Marino 1:0, 24.04.1993
Ostatni raz: San Marino - Polska 0:2, 10.09.2008

1 komentarz:

Jacek pisze...

no i wyszło że stuknęliśmy ich jak Norwegowie w 1992 :)