piątek, 17 lipca 2009

Europuchary: Gramy dalej?

Te pierwsze rundy "przed przed wstępne" europejskich pucharów zazwyczaj oglądało się z przyjemnością. Przyjeżdżała jakaś drużyna z Malty albo Mołdawii dostawała 5-6 bramek od naszych ligowców, potem w rewanżu u siebie ze dwie-trzy, a człowiek popijając piwo pocieszał się, że jeszcze aż tak źle z tą naszą ligą nie jest, żeby nie mogło być gorzej. W tym roku jest niestety trochę inaczej...

Prędzej Tomaszewski zostanie prezesem PZPN niż polska drużyna zagra w Lidze Mistrzów.
Ile to już trwa? 12, 13 lat? Grają Turcy, Słowacy, Czesi, Austriacy, Białorusini, Ukraińcy, Rumuni a nawet Bułgarzy - wszyscy tylko nie Polacy. UEFA już się nawet zlitowała i zmieniła przepisy, by nasi dzielni mistrzowie nie trafiali na dzień dobry na Real, Barcę czy Manchester. Na nic to wszystko bo już nawet Levadia Tallin okazuje się zbyt wymagająca. "Dziś już nie ma słabych drużyn" podsumowali zgodnie po meczu komentatorzy TV4. Bzdura! Są słabe drużyny i Levadia jest jedną z nich, problem w tym, że Wisła chyba niestety również. Dalej żyjemy Wisłą, która demolowała Parmę, Schalke, nie mówiąc już o rywalach z Austrii, Szwajcarii, Holandii, Chorwacji, Grecji czy Izraela. Ale tej Wisły dawno już niema, obecna Wisła to zespół, który nawet na krajowych rywalach nie robi już takiego wrażenia a mistrzostwo zdobył bo przydarzyło mu się o jedno potknięcie mniej niż rywalom. I to wszystko widać było w meczu z Levadią, który bardziej przypominał pierwszy pourlopowy sparing, niż walkę o Ligę Mistrzów. Widać było, że Estończycy boją się Wisły i nie marzą nawet o remisie, głównie się bronili i strzelali z dwudziestu metrów. Wystarczyło. Dla Levadii przywieźć remis z Sosnowca (czyt. Krakowa) to tak jak dla Wisły przywieźć remis z Camp Nou. Teraz szanse "Białej Gwiazdy" należy oceniać biorąc pod uwagę procent drużyn, którym udało się awansować po bramkowym zremisowaniu pierwszego meczu u siebie, coś mi się zdaję, że nie przekracza on 15. W razie czego w następnej rundzie czeka mistrz Węgier Debreczyn - w normalnych okolicznościach Wisła powinna wygrać w dwu meczu jakieś 6:1, ale 1:1 u siebie z Levadią wykluczają normalne okoliczności. BTW gdyby Skorża i jego piłkarze czytali Krótką Piłkę wiedzieliby, że strzały z daleka to tajna broń Levadii i trzeba na to uważać (pisałem o tym, ba nawet filmik wstawiłem, zaraz po losowaniu par).


Liga Europejska
Naukowcy odkryli nowe lekarstwo na bezsenność! Są nim mecze Polonii Warszawa w eliminacjach Ligi Europejskiej. Rewanżowy mecz z Buducnostem był tak nudny, że uśpił nawet samych aktorów tego widowiska, naj bardziej przytomny z nich strzelił z dystansu i skończyło się tak jak się skończyło. Z kolei wczorajszy mecz z Juvenes do złudzenia przypominał ostatnie wyjazdowe męczarnie reprezentacji Polski z San Marino. Takiego popisu nie skuteczności od czasu rewanżowego meczu Widzewa z Czarnomorcem Odessa w 1996 roku. Bramkarz Juvenes zagrał mecz życia, o którym będzie opowiadał swoim wnukom, a gdyby tak w rewanżu drużyna z San Marino poszła w ślady Buducnostu? To dopiero by było co opowiadać! Oby jednak "Czarne koszule" obroniły u siebie jedno bramkową zaliczkę i popracowały nad skutecznością bo następnej rundzie czeka już holenderska NAC Breda.


Najmniej skompromitowała się Legia. Właściwie nie z kompromitowała się wcale bo 3:0 u siebie raczej przesądza losy dwumeczu z Rustavi. Co prawda bardziej spokojni bylibyśmy gdyby "Wojskowi" wygrali 6:0 bo tak gościnni dla gruzińskich drużyn bywali kiedyś, ale skoro Wisła zwala na deszcz, to Legia może zwalić na nie dobudowany stadion. Goście na szczęście byli na tyle uprzejmi, że nie wykorzystali rzutu karnego, bo 3:1 nie brzmiałoby już tak dobrze. W następnej rundzie czeka ktoś z pary Brondby Kopenhaga/Flora Talin - wierzcie lub nie ale pierwszy mecz wygrała Flora i to na wyjeździe, Estończycy chyba się na nas uwzięli w tym sezonie.


Na koniec Lech Poznań, który jeszcze nie grał więc puki co nie nadwyrężył honoru polskiej piłki w Europie (swoją drogą honor polskiej piłki w Europie jest jak potwór z Loch Ness - dużo się o nim mówi, ale wszyscy wiedzą, że nie istnieje). "Kolejorz" trafił na norweski Fredrikstad FK, który ma na swoim koncie 9 tytułów mistrza kraju i 11 krajowych pucharów, a powstał dawno, dawno temu (1903). W Fredikstadzie na obronie występuje Andre Czwartek, którego dziadek notabene kupował kiedyś bułki w polskiej piekarni w centrum Fredrikstadu, ale bardziej uważać należy na Raio Piiroje (doświadczony obrońca - 87 spotkań w reprezentacji Estonii) oraz Garoar Johannssona (14 bramek w 36 meczach w barwach Fredrikstad).

Brak komentarzy: